Gorzki tryumf…

Wysoka frekwencja wyborcza to zawsze tryumf demokracji. Wysoka frekwencja to na pierwszym miejscu znak dojrzałości politycznej społeczeństwa. Wysoka frekwencja to niekwestionowany sukces…

Jeszcze kilka lat temu w okolicach wyborów przedstawiciele wszystkich sił politycznych mówili wspólnym głosem – ludzie idźcie na wybory, nieważne na kogo głosujecie, idźcie, bo to znak społecznej dojrzałości. W minionej kampanii wyborczej nie wszyscy byli w stanie wypowiedzieć takie słowa, a zwłaszcza tę część dotyczącą głosowania na wybraną przez siebie siłę, a nie na tego, który wypowiadał słowa zachęty…

Nie, nie będzie to tekst o bieżącej polityce, nie było tu nigdy tego typów komentarzy i nie będzie ich także teraz. Były natomiast już nieraz analizy bieżących wydarzeń, które aktualność i zastosowanie mają daleko szersze niż chwilowy poziom słupków wyborczych. Takiej refleksji można się spodziewać i dziś.

Niestety, wysoka frekwencja nie oznacza wcale wysokich standardów społecznych. Nie powinniśmy bowiem pytać o ilość i wysokość procentowych słupków, ale raczej o rodzaj wyborczych motywacji i jakość towarzyszących temu naszych społecznych relacji… i jest to pytanie do absolutnie wszystkich i w absolutnie takim samym stopniu.

Bo niestety wygląda na to, że to, co w poprzednim wpisie „Zaklęty w pół drogi” zostało z obawą zasygnalizowane względem naszej sceny społeczno-politycznej, jest nie tylko obawą, ale faktem uderzającym niczym huragan w twarz nieosłoniętego obserwatora.
W Polsce nie głosuje się za pewną wizją, ale zdecydowanie głosuje się dziś przeciw wizji przeciwnej. Kryzys pomiędzy stronnictwami nie prowadzi do nowego rozdania, ale staje się samodzielnym sensem tej sceny. Wszyscy mienią się tu demokratami, jedni, bo zdobyli najwięcej, inni, bo po zsumowaniu więcej mają. Można oczywiście mieć dystans do wartości demokratycznych, bo czym one są, zwłaszcza dziś można mieć poważne wątpliwości… Tak czy inaczej wszyscy chcą się mienić demokratami, jedni, bo mówią że reprezentują demokratyczną wolę większości, drudzy, bo sami siebie i swoją tożsamość określają przymiotnikiem demokratyczni. Ale bliżej patrząc, nie ma tam tak naprawdę miejsca na demokratyczne poszanowanie, bo jedni chcą rządzić strasząc innymi, tamci znów za cel obierają obalenie tych, co na stołkach siedzą. Różne stronnictwa nim cokolwiek się zdąży rzeczowo omówić już straszą, że tym na złość zrobią to, a tamci, że z tymi na to nigdy nie pójdą. Rządzi bezapelacyjnie kryterium wspólnych wrogów, a nie wspólnych celów. I postawa ta paradoksalnie jest tym co łączy bardzo mocno wszystkie siły naszej sceny społeczno-politycznej.

Największą obawę wzbudza jednak co innego, bo do pewnych przepychanek na górze jesteśmy raczej przyzwyczajeni, gorzej, że to co rozpędziło się na górze, nabrało wielkiego rozpędu także niżej, wśród „zwykłych ludzi”. Przykłady przy odpowiedniej refleksji może podać w zasadzie każdy. Przykłady tragiczne, bo jak inaczej określić sytuację, w której mąż wyzywa żonę, że poparła opozycję, a żona i dzieci pogardliwie nazywają męża i ojca „rodzinnym pisowcem”. Tu w ogóle już nie ma znaczenia kto (jeśli w ogóle) ma rację. Tu bić trzeba na alarm, bo sprawy (naprawdę wtórne) potrafią przesłonić fundamentalne więzi i zdrowe kanony współżycia społecznego!
Nie jest wcale lepiej w tych społecznościach, które są jednorodne poglądowo. Ciągłe sączenie jadu zwolenników władzy na zwolenników opozycji i zwolenników opozycji na zwolenników władzy nie różni się praktycznie niczym. Różni się wprawdzie oskarżeniem skąd są mocodawcy, gdzie kłamią i gdzie kradną, ale oskarżają się dokładnie o to samo i dokładnie z taką samą gniewną (niepotrzebującą już faktów jako paliwa) zaciekłością. Jest to o tyle przerażające, że obie strony stawiają się w pozycji „moral superiority”, pojęcia, które nie całkiem oddaje polska wersja „moralna wyższość”. Jest to takie patrzenie na sprawę, która własny pogląd stawia jako doskonały etycznie bezsprzeczny autorytet, a przeciwnikowi odmawia jakiegokolwiek prawa do przedstawiania racji – jako wrogowi, znienawidzonemu i ciemnemu bytowi. Ludzie, często ze społeczną i ekonomiczną pozycją i formalnie wyższym wykształceniem nurzają się (jako tacy przedstawiciele oświeconej prawdy) w najniższych pokładach etycznego szamba pełnego nienawiści, która nie tyczy się już postaw adwersarzy, ale samych osób tych, którzy przez popieranie strony odmiennej pozbawiają się w oczach takich „morally superiors” ludzkiej godności. Na domiar złego, choć doskonale rozpoznają ten mechanizm u swoich wrogów, sami w ogóle nie umieją dostrzec, że brodzą w nieczystościach swojej nienawistnej postawy.

Obecna sytuacja pokazała, że każda dostępna opcja wyboru wiąże się z automatyczną nienawiścią około połowy obywateli tego kraju! Głosowania są tajne i każdy ma prawo zachować swoje skreślenia na kratach wyborczych dla siebie. W zdrowym społeczeństwie odpowiedź na pytanie – na kogo głosowałeś, na kogo głosowałaś można skwitować – na posła i senatora (tzn. nie zdradzić wyboru). W zdrowym społeczeństwie spotka się to z aprobatą udziału w głosowaniu i świętym spokojem (nie chcesz to nie mów, twoje prawo). Dziś w Polsce taka odpowiedź gwarantuje natomiast nienawiść wszystkich, którzy gotowi są raczej tropić w niej wybór przez pytającego niepożądany niż demokratyczne prawo zachowania sekretu.
Jeśli taki jest efekt wysokiej frekwencji, jeśli tym efektem jest zbiorowy kryzys nienawiści i jeśli jest to „tryumf demokracji”, to jest to tryumf gorzki i fałszywy.
Znaleźliśmy się w powszechnej fazie przełomu, kryzys nienawiści wszedł nam w codzienny krwioobieg. Nie brakło nam w historii burzliwych przełomów, ale chyba nigdy dotąd ta burza nie przybrała formy tak przetrwałej i wyniszczającej wewnętrznie. Gorzki jest ten „sukces demokracji”, zdecydowanie zbyt gorzki…

Na obrazie: „Голова Христа (Głowa Chrystusa)”, Nikołaj Ge, 1893.

Leave a comment